Alkohol w Indonezji to temat bumerang powracający niczym wańka wstańka do debaty publicznej szczególnie w okresie Ramadanu. Ruchomego miesiąca postnego, który raz do roku przytrafia się pobożnym mieszkańcom Republiki. Okres postu odciska swoje piętno na wielu dziedzinach życia codziennego. Inaczej się pracuje, robi zakupy oraz sypia. Inaczej się je no i przede wszystkim spędza weekendowe i nie tylko wieczory. Radykałowie muzułmańscy z pod znaki Frontu Obrońców Islamu (FPI), znani są z tego, iż w czasie poprzedzającym święty miesiąc Ramadan i w jego trakcie, robią quasi bandyckie najazdy na restauracje, bary i sklepy sprzedające alkohol, dokonując klasycznych demolek, połączonych z pobożną konfiskata towaru w imię religii pokoju. Policja jest w takich przypadkach bierna a jeżeli już dociera na miejsce feralnego zdarzenia, zawsze czyni to o pechowy kwadrans za późno. To umacnia rycerzy z FPI w słuszności swoich racji, czyniąc ich jeszcze bardziej pewnymi siebie i bardziej radykalnymi.
Ale powiedział by ktoś … hola hola… Ramadan, święty miesiąc, taki zwyczaj i tradycja z którą się nie dyskutuje, przymknijmy więc na to oko i zamknijmy usta.
I o to właśnie chodzi promującym „Czystą Indonezję” radykałom. Ostatnio jedna z dwóch największych sieci sklepów spożywczych na archipelagu (Alfa Maret) wycofała wszelkie alkohole z półek. Tłumaczy to dosyć dziwnie i mętnie faktem, iż niektóre produkty zawierające alkohol, jak chociażby lakiery do włosów i wyroby im podobne, prowokowały nielegalny wyrób trunków, który z kolei zbierał zatrważające i śmiertelne żniwo … o czym milczą statystyki. Efekt jest więc taki, iż w żadnym z paru setek sklepów nie można już zakupić piwa i co gorsza lakieru do włosów. Inna strona medalu, koniec kijka, to podatek na alkohole, który jest tak wysoki, iż nawet miejsca, które napoje wyskokowe sprzedają, oferują je w co najmniej horrendalnych, jak na Indonezję cenach. W państwie gdzie minimalna płaca wynosi średnio 130 $ na miesiąc, butelka lokalnego piwa „Bintang” tudzież „Anker”, kosztuje bite 3 $. Przeciętny zjadacz ryżu, może więc za swą miesięczną pensję kupić sobie niespełna 40 i 4 butelki złocistego trunku. Nie jest to więc, jak by na to nie patrzeć nazbyt wiele.
Alkohol wśród Indonezyjczyków to temat tabu. Ci którzy nie piją piętnują i nie poważają tych którzy pija, ci zaś którzy piją udają że nie piją, jeżeli i tak długo jak tylko jest to możliwe. Panuje w tym temacie specyficzna zmowa milczenia, obłudy oraz hipokryzji. Znajomy Francuz zwierzył mi się ostatnio, iż po wizytach Przyjaciół zostają mu czasami dwie lub trzy puste butelki po winie. Przezorny nie wrzuca ich rano do kosza na śmieci przed domem a wywozi gdzieś „na miasto”, by nie dać się przyłapać na gorącym uczynku wścibskim sąsiadom oraz tak zwanym życzliwym, w myśl starej słusznej maksymy „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”.
Jedyną wspomnianą już wcześniej enklawą, wyspą dosłownie i w przenośni, na mapie procentowych eksploracji Indonezji jest popularna w śród turystów Bali. Zamieszkiwana w 90 % przez endemicznych hinduistów wyspa prowincja, prowadzi liberalną politykę w alkoholowym zakresie. Pojawiły się na niej nawet lokalne marki win oraz wódek a i światowe brandy można łatwo nabyć za odpowiednio wyższą opłatą. Bali to jednak mimo medialnej popularności i turystycznego globalnego marketingu, raptem ciut ponad 2 % całej Indonezji. Zarówno w kontekście terytorium jak i populacji.
Warto też tu ku przestrodze przypomnieć, iż paradoksalnie to nie gdzie indziej a na liberalnej Bali właśnie, terroryści z Jawy podkładali w początku wciąż młodego XXI wieku bomby w barach oraz restauracjach. Bomby, które pozbawiły życia ponad 240-ci niewinnych istnień ludzkich. Indonezja mimo swego piękna, nie jest więc tematem łatwym no i lekkim dla lubiących wakacyjny relaks z butelką piwa w ręku w rozrywkowym tego słowa znaczeniu. Warto o tym pamiętać i w drodze na archipelag zrobić zakupy w sklepie wolnocłowym w Warszawie, Frankfurcie, Istambule czy Dubaju. Na zdrowie.
