„Misterem” jest się na większych od Polski wyspach Borneo i Sumatrze i na niewielkiej Flores oraz Timor. Nie ma nic przyjemniejszego jak „hello Mister” rzucone gdzieś zza węgła o poranku. „Hello Mister” ma zawsze twarz uśmiechniętego dziecka z Bandung czy Surabaya lub pięknej dziewczyny mijanej na zatłoczonej dżakarckiej ulicy. Bycie „Misterem” wprawia w dobry nastrój i jest absolutnie tytułem słodkim, nobilitującym i łechcącym lekko własne ego.
Jest też i druga kategoria Białych, choć są to wciąż ci sami Bule. Na turystycznej wyspie Bali, która w katalogach wszystkich biur turystycznych sprzedaje się jako raj na ziemi, turysta jest już tylko „Bossem”. Boss kup Pan to, Boss chcesz taksówkę, masaż stóp Boss, viagrę lub inne wspomagacze czy dopalacze i uciechy cielesne dla Bossa na miejscu lub na wynos. Balijski „Boss” to chodzący portfel, jaki w Białym widzą mieszkańcy katalogowej wyspy Bogów. Bycie Bossem to ciężki i niewdzięczny kawałek indonezyjskiego chleba. Podczas swoich wakacji życia wspomniany Boss wraz z rodziną spina się i ma oczy w koło głowy, by nie dać się komuś oszukać lub przynajmniej przechytrzyć. Bycie Bossem to zdecydowanie kiepska rola na idyllicznych wakacjach.
I jest jeszcze jedna nazwa własna Białasa na wielkim archipelagu. Na aspirującym do turystycznej gwiazdy Lombok oraz wysepkach Gili, woła się na nich „Brother” czyli Bracie. Jest w tym trochę nadmiernej poufałości, trochę natrętnej zaczepki i trąci to nieco Bossem w kontekście finansowym. Tym nie mniej jest Bracie wciąż trochę „Mistera” i oby w perspektywie czasu wziął on górę nad Szefem alias Bossem.
Indonezja „Mistera” jest piękna i zdecydowanie najprzyjemniejsza dla Bladych Twarzy odwiedzających największy archipelag świata. Prawdziwy indonezyjski tropikalny raj ma na imię Mister lub ewentualnie Brother.
