Mimo iż przed i po wspomnianym „angielskim epizodzie” Holendrzy panowali nad obszarami dzisiejszej Indonezji przez bite trzy i pół stulecia, nie zdołali wywrzeć takiego piętna na tutejszym stylu i regułach jazdy. Podobnie zresztą jak i na wielu innych dziedzinach życia codziennego. Ale to już zmartwienie nie nasze a Indonezyjczyków, wstyd Holendrów i co najmniej zła reklama ich krwiopijczej polityki kolonialnej.
Wróćmy jednak do tytułowych zasad poruszania się po drogach archipelagu. W oderwaniu a wręcz równolegle do ogólnie przyjętych przepisów, panuje na tutejszych szosach magiczne, niespisane nigdzie ale święte, prawo słabszego.
Mówi ono jasno, iż przy kolizjach typu rowerzysta albo rykszarz versus motor, wina orzekana jest po stronie motoru. Podobny wzór stosuje się, kiedy ten sam rowerzysta wjedzie w pojazd czterokołowy, … znaczy jest niewinny.
Nietrudno się więc domyśleć, iż w przypadku każdej stłuczki z udziałem motoru i samochodu, winę ponosi kierowca tego drugiego. Zasada ta stosowana jest na co dzień a im dalej od dużych ośrodków miejskich, tym jest ona bardziej powszechna i respektowana. Często nie wnika się nawet w drogowe niuanse i historię kraksy. Duży jest winny bo to on powinien uważać na słabszych.
Na koniec jednak warto a nawet należy wspomnieć o jeszcze jednej elementarnej zasadzie a ściślej mówiąc o wyjątku od powyższej Reguły Słabszego.
Jeżeli „blada twarz”, białas czyli Bule bierze udział w jakiejkolwiek kolizji drogowej, wina zawsze jest po jego stronie, choćby jadąc rowerem starł się z samochodem ciężarowym.
