O autorze
Latem roku 1995 ukończyłem zarządzanie i marketing na toruńskim UMK.
Dla zamortyzowania natrętnej niepewności – dokąd pójść - rozpocząłem (nie-skończone) studia doktoranckie. Ponieważ początkowa faza wgryzania się w doktorat, pozwalała na prowadzenie dodatkowej aktywności pozauczelnianej, wpadłem na pomysł „biznesu między wykładami”.
W poszukiwaniu pomysłu na ów biznes spotykałem się to tu i tam, z tym i owym, mniej lub bardziej przypadkowo. Jednym z wielu takich spotkań, była nie zapowiadająca niczego specjalnego wizyta w zaprzyjaźnionej z Toruniem Bydgoszczy. Tam pewien sympatyczny Bydgoszczanin, pochwalił mi się swoim tureckim sposobem na życie. Nie zdawał sobie nawet sprawy, iż nad rzeką Brdą, uchylił przede mną wówczas magiczne wrota na wschód, którego próg przekroczyłem w lutym 1996 roku.
Była więc najpierw orientalna i tekstylna Turcja, która na kilka lat pochłonęła mnie nie tylko zawodowo ale też emocjonalnie i merytorycznie. Zjechałem ją wzdłuż i wszerz, nie omijając chyba żadnego istotnego miejsca na mapie dzieła życia Ataturka.
Po Turcji przyszła Syria, Jordania, Liban potem Egipt. Azjatyckie koło zamachowe kreśliło we mnie coraz dłuższy promień, oddalając się od startowego miasta Konstantyna.
Po konsumowaniu kolejnych dań państw, przyszedł w końcu czas na to co najważniejsze, … azjatyckie danie życia.
W 2002 roku samolot rejsowy Garuda Indonesia ze mną na pokładzie wylądował w stolicy Indonezji. W tym to anno domini 2002, Azja spersonifikowała się dla mnie w Indonezji. Od 13 lat choruję na Archipelag i nie zanosi się na to aby była to choroba uleczalna. Dzielę się tą chorobą w wersji pisanej i bardziej bezpośredniej, organizując Rodakom z nad Wisły tropikalne wakacje w Projekcie Turystycznym "Wakacje w Indonezji"Jestem autorem książek : "Archipelag znikających wysp" będącej zbiorem reportaży z wybranych wysp Indonezji, oraz pierwszego "polskiego" przewodnika "Bali & Lombok" po wyspach Bali, Lombok, parku Komodo oraz jawajskiej Yogyakarcie.

Balijskie „magic muschroom” czyli …

Reklama grzybkowej restauracji
Reklama grzybkowej restauracji Piotr Śmieszek
Paradoks w Raju.

Paradoks a więc nic innego jak logiczny tok myślenia prowadzący do sprzecznych wniosków, zajmuje zaszczytne miejsce w delikatnej sferze narkotyków i używek na najpopularniejszej w Indonezji turystycznej wyspie Bali. Każdy kto przylatuje na wymarzony urlop pod palmami, zanim jeszcze opuści terminal lotniska Ngurah Rai w stolicy prowincji Denpasar, dowiaduje się z atakujących wzrok, umieszczonych w wyeksponowanych miejscach, tablic informacyjnych, iż co jak co ale narkotyki na wyspie nie ujdą z pewnością nikomu na sucho.

I tak jest ok. Nie ma w tym wszak nawet nic odkrywczego, ponieważ jak Azja południowo wschodnia długa i szeroka wszędzie panuje podobny system srogich kar. W więzieniach Tajlandii, Filipin czy Malezji, pędzą więzienny los amatorzy szybkiego i lukratywnego zarobku, łatwych pieniędzy a czasami tylko przysłowiowego jointa lub pigułki szczęścia w weekendową noc.
Balijskie więzienie Kerobokan w Denpasar należy do tych najbardziej znanych od Manili poprzez Bangkok po Port Moresby. Przebywają w nim złapani w rajskie sieci indonezyjskich policjantów niezliczeni pechowcy. Pensjonariuszami tropikalnego hotelu, jak nazywa więzienie Kathryn Bonella, autorka ksiąki „Hotel Kerobokan – Piekło na rajskiej wyspie Bali” są posiadacze prawie wszystkich paszportów europejskich, Amerykanie, Latynosi no i przede wszystkim Australijczycy. W Kerobokan siedzi sławna ich Grupa Dziewięciu, przyłapana na próbie wwiezienia na wyspę metaamfetaminy i extasy.

Kara wieloletniego więzienia w Hotelu Kerobokan to zaś przysłowiowy pikuś. Większość narkotykowych białych więźniów ma tutaj na karku sentencje dożywotnie a w niektórych przypadkach nawet kary śmierci, czekające na konsumpcję czytaj formalną odwlekaną w nieskończoność egzekucję.
Na Bali biali wpadają z używkami nie tylko na lotnisku ale i w ekskluzywnych pokojach hotelowych, w dudniących basami dyskotekach, ulicznych barach, restauracjach i na tętniącej nocnym życiem Jalan Legian w Kuta. Nie ważnie jest to czy coś sprzedajesz, kupujesz, zażywasz lub tylko posiadasz. Znalezione u kogokolwiek dragi, równają się sporym problemom i końcem beztroskiego życia w pewnym i bardzo dosłownym tego słowa oraz stanu znaczeniu.

Jest jednak coś co ni jak nie pasuje do tej odstraszającej narko-układanki. Coś co stawia cały ten quasi policyjny system na głowie i pod znakiem sporego zapytania. Na wyspie, na każdym niemal kroku, spotkać można punkty sprzedaży grzybków halucynogennych do konsumpcji na miejscu lub na wynos w zależności od życzenia klienta. Unikając jakichkolwiek konsekwencji czyli kary, można tu legalnie nabyć oraz zażyć magiczny koktajl lub magiczny omlet, który potrafi wprawić w nie mniejszy niż nie jeden i nie dwa ekologiczne jointy trip. A zastanawia tylko i wyłącznie jedno. Na czy to wszystko polega i kto za tym wszystkim stoi ☺ ???
Trwa ładowanie komentarzy...